vlcsnap-2015-09-16-09h46m22s632

«Polskie ślady»: 15. Skromny kontynuator wielkiego dzieła

Published 23/12/2015

Powiedzieć, że Witalij Leoniwicz jest dyrektorem arboretum (dendroparku) „Sośniaki” i synem Edmunda Leonowicza to za mało. To sukcesor i kontynuator wielkiego dzieła ojca, który całkowicie podporządkował swoje życie pielęgnowaniu unikalnego w skali Armenii miejsca, stanowiącego część zarówno ormiańskiego, jak i polskiego dziedzictwa. Miejsca, które nie tylko stanowi ważny ośrodek badawczy, ale jest otwarte dla wszystkich spragnionych piękna i bliskości z naturą.

Witalij urodził się w 1942 roku. Ukończył Erywański Instytut Zoologiczno-Weterynaryjny. 10 lat był zatrudniony w stolicy Armenii w Instytucie Zoologii. Później, już zaocznie, swoją edukację kontynuował na Uniwersytecie Rolniczym w Tbilisi – uczelni, którą w 1931 roku ukończył także jego ojciec. Tam uzyskał tytuł doktora na wydziale gospodarstwa leśnego. W 1984 roku przeprowadził się do wsi Giulagarak (niedaleko Stepanawanu, rejon Lori), gdzie tak jak ojciec na stałe zamieszkał na terenie „Sośniaków” w małym drewnianym domku.

Edmund Leonowicz zmarł w 1986 roku. Syn dołożył wszelkich starań, aby spełnić ostatnią wolę ojca i pochować go wśród tego, co jego duszy było najbliższe – ukochanej przyrody. Grób Edmunda Leonowicza jest ukryty wśród zieleni, na małej polance skrytej w leśnym gąszczu, do której prowadzi zadbana alejka parkowa.

W 1994 roku, do Witalija w Giulagaraku dołączyła jego żona – Julietta, z pochodzenia Ormianka, z wykształcenia lekarz-pediatra. Julietta przyjechała do arboretum dopiero, kiedy przeszła na emeryturę. Jednak teraz, pomimo wszelkich trudności, tak jak mąż już nie wyobraża sobie życia gdziekolwiek indziej.

Choć praca pochłaniała każdą wolną chwilę i czasu dla rodziny nie pozostawało wiele, tutaj, w „Sośniakach”, wychowały się jego dwie córki. Witalij wspomina, jaką trudność sprawiało zapewnienie im podstawowej edukacji. Ponieważ rodzina mieszkała dosłownie w środku lasu, a dysponowała ciągle psującym się, starym samochodem, codzienne zawożenie dzieci do szkoły wydawało się wtedy prawie niemożliwe do zrealizowania. Ale jednak udało się i dziewczyny zakończyły szkołę, następnie przeprowadziły się do Erywania, wstąpiły na uczelnie wyższe. Obie znalazły pracę, wyszły za mąż, stworzyły szczęśliwe rodziny. Witalij i Julietta doczekali się nawet prawnuków.

Wnuki Leonowiczów aktywnie biorą udział w życiu polskiej społeczności w Erywaniu, uczą się języka polskiego. Szczególnie wyróżnia się Innesa, która stanowi prawdziwy łącznik rodziny Leonowiczów z ojczyzną. Z bardzo dobrymi wynikami uczy się w Warszawie w ostatniej klasie Liceum Polonijnego Kolegium św. Stanisława Kostki. Planuje także studiować medycynę w Polsce.

Witalij Leonowicz mówi wprost: „Nie umiem opowiadać o sobie. Spytajcie o coś, ja wam odpowiem.”. Jest to człowiek raczej zamknięty, który nienajlepiej radzi sobie z zainteresowaniem, skupionym na jego osobie. Na zadane pytania odpowiada krótko i zwięźle, lakonicznie. Ożywia się dopiero, gdy przedmiotem rozmowy staje się jego życiowa pasja – przyroda. Opowiadać o okazach, zgromadzonych pośród stepanawańskiego lasu, Witalij mógłby z pewnością godzinami, ale, jak sam się śmieje, nie chciałby zanudzić swoich gości.

Każdy odwiedzający dendropark na chwilę przenosi się do zupełnie innej, bajkowej krainy. Bo jak inaczej można wytłumaczyć obecność monumentalnych sekwoi, klonów cukrowych rodem z kanadyjskiej flagi, cedrów, kasztanów czy też równiutkich klombów z różami, przystrzyżonych żywopłotów pośród pospolitej kaukaskiej sosny (której arboretum zawdzięcza nazwę)? Zdziwienie jest tym większe, kiedy dyrektor otwarcie zaczyna wymieniać ogrom problemów, trudności z którymi ciągle przychodzi mu się mierzyć.

W latach 90. były to dzikie wcinki drzew, przed którymi trzeba było ochronić park. Dziś najprościej byłoby powiedzieć, że jest to brak pieniędzy: na remont (którego od 1933 roku nigdy nikt tu nie przeprowadził), na zatrudnienie większej liczby pracowników (4 osoby muszą zająć się obszarem o powierzchni 35 hektarów), na nowy samochód (arboretum jest oddalone od najbliższej wsi o 4 kilometry)… Jednakże trudne położenie „Sośniaków” wynika także z chaosu organizacyjnego w sferze nadzoru nad dendroparkiem. Formalnym właścicielem jest Ministerstwo Ochrony Przyrody, dlatego Witalij sam nie może podjąć żadnej decyzji w sprawie arboretum, a na biurokratyczne formalności dyrektor powoli już nie ma siły. Nie posiada konta bankowego, więc z zarobionymi pieniędzmi, a także po wypłaty co miesiąc musi jeździć do stolicy. Witalij wspomina także o ogromnych rzeszach odwiedzających „Sośniaki”: w sezonie od kwietnia do września jest to około 400 osób w tygodniu i 700 gości dziennie w czasie weekendów. Miejsce to nie było projektowane z myślą o takich tłumach, więc pojawia się problem dostosowania dendroparku do nowych potrzeb. Jednakże wydaje się, że dyrektora najbardziej niepokoi przyszłość arboretum, brak następcy.

Ogrom pracy i poświęcenia Witalija Leonowicz, które wkłada w zachowanie piękna parku, został docenione w Polsce. W 20011 roku w dowód uznania jego działalności prezydent Bronisław Komorowski osobiście wręczył dyrektorowi „Sośniaków” Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

Los nie jest lekki dla Witalija, lecz, jak sam mówi, już się przyzwyczaił. Może jednak pojawić się wątpliwość, czy nie tęskni do prostszego życia w stolicy, którą opuścił ponad 30 lat temu? „Oczywiście, że kiedyś trzeba będzie przeprowadzić się do Erywania z powodu wieku, emerytury. Ale nie zgodziłbym się wrócić. Na starość chciałoby się jednak kontynuować swoją pracę” – odpowiada dyrektor. Nie przywiązując wielkiej wagi do wszystkich niedogodności i przeszkód, Witalij Leonowicz tak podsumowuje swoją pracę: „Jeśli ludzie, którzy tu przyjeżdżają, czują się dobrze, to i ja się tak czuję.”.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *